Home Kreatywność bez szufladek, czyli co przywiozłam z konferencji PowerON w Gdańsku

Kreatywność bez szufladek, czyli co przywiozłam z konferencji PowerON w Gdańsku

Są takie wydarzenia, po których wracasz z głową pełną inspiracji, kilkoma zapisanymi stronami notatek i poczuciem, że trzeba sobie na nowo poukładać parę rzeczy. Albo wręcz przeciwnie — trochę je rozrzucić, żeby zrobić miejsce na coś nowego. Tak właśnie miałam po PowerON w Gdańsku — konferencji poświęconej przyszłości branży kreatywnej i kompetencjom, które pomogą nam odnaleźć się w świecie ciągłych zmian.

Nie przywiozłam gotowej recepty na karierę kreatywną. Przywiozłam za to kilka myśli, które zostały ze mną na dłużej. O wytrwałości, własnym stylu, eksperymentowaniu i o tym, że nie musimy mieć wszystkiego rozkminionego.

Kreatywność nie mieści się w jednej szufladzie.

Mam wrażenie, że w branży kreatywnej łatwo wpaść w pułapkę określania siebie. Trzeba wiedzieć, kim jesteś, co robisz, w czym się specjalizujesz i co właściwie oferujesz światu. Najlepiej w jednym, zgrabnym zdaniu do bio na Instagramie. Tylko co, jeśli interesuje Cię kilka różnych rzeczy? Co, jeśli projektujesz, fotografujesz, eksperymentujesz z nowymi technologiami, a po godzinach wciąga Cię coś zupełnie niezwiązanego z pracą?

Moim zdaniem to nie problem, tylko potencjał.

Różne doświadczenia mogą się ze sobą spotykać i tworzyć nieoczywiste połączenia. Nie wszystko musi być od razu spójne, logiczne i gotowe do sprzedania. Warto dać sobie przestrzeń na eksperymenty i odkrywanie nowych kierunków.

Nie musisz zamykać się w jednej dziedzinie tylko dlatego, że tak łatwiej Cię opisać.

Oceniaj swoją pracę, nie siebie.

Jedną z myśli, które szczególnie zapamiętałam z wystąpienia Kingi Baranowskiej, było rozróżnienie między ocenianiem siebie a ocenianiem pracy, którą wykonujemy. To niby niewielka zmiana perspektywy, ale może naprawdę dużo zmienić. Zamiast mówić: „Jestem beznadziejna w tym, co robię”, możemy zapytać: „Co w tym projekcie nie zadziałało i czego mogę się z niego nauczyć?”. Zamiast uznawać, że nie nadajemy się do jakiejś dziedziny, możemy przyjrzeć się temu, jakie robimy postępy. Co już umiemy? Co wymaga jeszcze pracy? Co następnym razem możemy zrobić inaczej?

To ważne szczególnie wtedy, gdy tworzymy rzeczy, które są bardzo osobiste. Łatwo utożsamić się z własnym projektem do tego stopnia, że każda krytyka pracy zaczyna brzmieć jak krytyka nas samych. A przecież projekt może nie wyjść, nie oznaczając, że Ty nie dajesz rady.

Możemy rozwijać warsztat, zmieniać kierunek i popełniać błędy bez przypinania sobie etykietek. Nie jesteśmy jednym projektem ani jedną decyzją.

Wytrwałość potrzebuje czegoś więcej niż lajków

Łatwo mówić o wytrwałości, kiedy praca przynosi efekty. Kiedy pojawiają się zapytania ofertowe, ktoś docenia nasze projekty, a licznik polubień przyjemnie rośnie. Trudniej, kiedy wkładasz w coś dużo energii, a odpowiedzią jest cisza. Wtedy pojawia się pytanie: jak długo można działać, nie dostając potwierdzenia z zewnątrz, że to ma sens?

Podczas konferencji pojawiła się myśl, że wytrwałość łatwiej utrzymać, kiedy widzimy przed sobą jakąś nagrodę. Problem w tym, że w pracy kreatywnej ta nagroda nie zawsze przychodzi wtedy, kiedy jej oczekujemy. Dlatego warto szukać źródeł satysfakcji również poza zawodową gratyfikacją. W zajawkach, które robimy dla siebie. W rzeczach, które nie muszą zarabiać, budować marki osobistej ani kończyć się publikacją.

Michał Mazurek zwrócił uwagę na ważną rzecz: tworzenie sztuki nie musi oznaczać konieczności utrzymywania się z niej. Bardzo lubię tę perspektywę. Kiedy każda pasja ma stać się produktem, a każdy pomysł potencjalną usługą, łatwo stracić przestrzeń na zwykłą ciekawość. Nie wszystko, co robimy, musi być użyteczne. Nie wszystko musi się monetyzować. Warto zostawić sobie miejsce na działania podejmowane wyłącznie dla przyjemności. Bez strategii, bez planu publikacji i bez zastanawiania się, czy ktoś to kupi.

Mniej Pinteresta, więcej własnych skojarzeń
15
17

To jeden z tych tematów, które szczególnie do mnie przemawiają. Żyjemy w świecie, w którym inspiracje są dostępne właściwie bez końca. Pinterest, Instagram, Behance, kolejne portfolio, kolejne trendy. Wystarczy kilka minut, żeby zobaczyć więcej pięknych rzeczy, niż jesteśmy w stanie przetworzyć. Tylko że oglądanie cudzych prac może czasem zagłuszyć nasze własne pomysły. Dlatego tak zapadło mi w pamięć podejście Zuzy Krajewskiej, fotografki, która pięknie opowiadała o procesie twórczym i poszukiwaniu własnego języka wizualnego.

Jedna z myśli, które zanotowałam, dotyczyła tego, żeby zanim obejrzymy cudze prace, najpierw zapisać własne skojarzenia. To proste ćwiczenie może być świetnym początkiem pracy nad projektem. Zanim zaczniemy szukać referencji, warto sprawdzić, co już mamy w głowie. Jakie obrazy, emocje, wspomnienia i skojarzenia przychodzą nam do głowy? Co nas ciekawi? Jak chcielibyśmy opowiedzieć daną historię?

Dopiero później przychodzi pora na szukanie inspiracji — również poza własną dziedziną. Fotografia, architektura, film, moda, natura czy zupełnie przypadkowa obserwacja mogą stać się punktem wyjścia do czegoś naprawdę interesującego.

Warto też pamiętać, że zapożyczenia i cytaty nie muszą być niczym złym. Ważne jest to, jak je wykorzystujemy, w jakim kontekście je osadzamy i co sami do nich wnosimy. Inspiracja może być początkiem. Nie musi być gotowym rozwiązaniem.

Zaprojektuj siebie, zanim zaprojektujesz kolejny projekt.

Wystąpienie Zuzy Krajewskiej zostawiło mnie z myślą, że warto czasem odwrócić kolejność działania. Zamiast od razu szukać odpowiedzi na pytanie „Jak to zrobić?”, zacząć od „Czego właściwie szukam?”. Co mnie ukształtowało? Jakie doświadczenia sprawiły, że patrzę na świat właśnie w taki sposób? Co mnie ciekawi, co mnie porusza, do jakich tematów wracam?

Można potraktować to trochę jak mapowanie samej siebie. Zbieranie punktów, które pomagają zrozumieć własne zainteresowania i kierunek, w którym chcemy iść. A potem przełożyć te odkrycia na konkretne decyzje. Zrobić próbę. Sprawdzić inną technikę. Wybrać nieoczywisty temat. Zaryzykować.

Własny styl nie zawsze pojawia się jako gotowa, spójna całość. Często wyłania się dopiero wtedy, gdy zaczynamy działać.

Dlatego warto wystawiać się na ryzyko. Jeśli nie wiemy, co dalej, zamiast kolejny raz analizować wszystkie możliwości, możemy po prostu coś sprawdzić. Nie po to, żeby od razu stworzyć najlepszą pracę w swoim portfolio, ale żeby dowiedzieć się czegoś nowego.

Błędy są częścią procesu. Naprawdę.
16

To zdanie brzmi banalnie, dopóki nie przyjdzie nam zmierzyć się z własnym perfekcjonizmem. Chcemy, żeby pomysł był dobry. Żeby realizacja wyszła tak, jak ją sobie wyobrażaliśmy. Żeby pierwsza wersja była już tą właściwą.

Tymczasem tworzenie polega na próbowaniu, poprawianiu, zmienianiu zdania i dochodzeniu do wniosku, że trzeba zacząć od początku. Zuza Krajewska przypomniała mi, jak ważne jest dawanie sobie przestrzeni na takie eksperymenty.

Nieudane próby również są częścią procesu. Nie wszystko, co tworzymy, musi trafić do portfolio. Przerwa nie musi oznaczać blokady twórczej. Potrzebujemy przestrzeni na zbieranie doświadczeń, przetwarzanie pomysłów i zwykłe życie poza pracą. Właśnie z tego wszystkiego może później powstać coś, czego nie dałoby się wymyślić na siłę.

AI to narzędzie, nie plan na kreatywność

Nie sposób rozmawiać dziś o przyszłości branży kreatywnej bez tematu sztucznej inteligencji. Narzędzi przybywa, możliwości jest coraz więcej, a wraz z nimi pojawia się presja, żeby wszystko znać, testować i nadążać za każdą nowością. Tylko czy naprawdę musimy?

Moim zdaniem warto wrócić do podstaw: najpierw pomysł, potem narzędzie. Jeśli wiemy, co chcemy stworzyć i jaki efekt osiągnąć, łatwiej wybrać technologię, która nam w tym pomoże. Nie musimy opanowywać każdej aplikacji ani płacić za wszystkie dostępne rozwiązania. Technologia może przyspieszyć pracę, otworzyć nowe możliwości i pomóc w eksperymentach. Ale to nadal od nas zależy, jakie pytania zadajemy, jakie decyzje podejmujemy i co chcemy za pomocą tych narzędzi powiedzieć. Nie chodzi o to, żeby ignorować zmiany. Chodzi o to, żeby nie zgubić po drodze własnego pomysłu.

Na koniec: trochę więcej ciekawości, trochę mniej presji

Z Gdańska wróciłam również z dużą radością z tego, jak wiele kobiet występowało na scenie i dzieliło się swoją wiedzą oraz doświadczeniem. Takie perspektywy są potrzebne w branży kreatywnej. Ale przede wszystkim wróciłam z przypomnieniem, że nie musimy mieć wszystkiego poukładanego.

Możemy zmieniać kierunek. Możemy łączyć różne dziedziny. Możemy robić coś tylko dla siebie, odpuszczać, zaczynać od nowa i sprawdzać, dokąd zaprowadzą nas własne pomysły. Nie musimy od razu wiedzieć, kim chcemy być za pięć lat. Może na początek wystarczy wiedzieć, co nas ciekawi dzisiaj. A potem zrobić mały eksperyment i zobaczyć, co z tego wyjdzie.

Kreatywność nie potrzebuje kolejnego folderu inspiracji. Potrzebuje ciekawości, odwagi do eksperymentowania i przestrzeni na własne pomysły. Reszta przychodzi w procesie.

To jedna z myśli, które zostają ze mną po PowerON